Shop More Submit  Join Login
About Photography / Hobbyist Member Beata- or Beciak.Female/Poland Recent Activity
Deviant for 2 Years
Needs Premium Membership
Statistics 178 Deviations 658 Comments 3,723 Pageviews

Newest Deviations

Favourites

Groups

Activity


(...)
"Są takie noce
od innych ciemniejsze,
kiedy się wolno rozpłakać,
wolno powtarzać słowa najświętsze,
mówić o wróżbach i znakach"
(...)
    Którą to już godzinę, który dzień siedziała na tym krześle, wpatrując się w pustkę? Już dawno straciła poczucie czasu... choć jednocześnie była go boleśnie świadoma. Ot, paradoks rzeczywistości- choć życie w tym miejscu toczyło się swoimi spokojnymi torami i nie trzeba było zerkać na wskazówki zegarka przesuwające się po jego tarczy, to jednocześnie była boleśnie świadoma tego, iż marnotrawi czas. Nie nawykła do takiej ilości ciszy, spokoju i braku obowiązków, czuła się z tym nieswojo. Gdzie znajomy pęd, znajome zamieszanie i ogrom spraw, które trzeba załatwić? Gdzie znajomy chaos, uporządkowujący życie?
Była zagubiona w tak dobrze sobie znanym miejscu...
Miarowy stukot klawiszy komputera, który wywoływała druga dziewczyna znajdująca się w pomieszczeniu był jedynym towarzystwem w panującej ciszy. Tak znajomej i obcej zarazem; uspokajającej, ale i przywołującej najczarniejsze myśli. Jak uciec od problemów i niechcianych wizji, jak uwolnić się od mrocznych zakamarków własnej głowy?
    Choć początkowo nie zdawała sobie sprawy, jej twarz zaczął rozjaśniać nikły uśmiech. Kąciki malinowych ust stopniowo zaczęły unosić się ku górze i dopiero lekki skurcz jednego z policzków uświadomił jej, jak nagła zmiana zaszła w niej samej. Zaledwie ułamek sekundy później uzmysłowiła sobie, co się zmieniło w otoczeniu.
    Dźwięk grającego instrumentu. Tak dobrze znany i ukochany, choć słyszany zawsze tylko w tłumie innych instrumentów- wysokie, przyjemne dźwięki strun gładzonych smyczkiem.
Poderwała się, odstawiając niemal pusty kubek po herbacie, którym próbowała ogrzać dłonie. Wyszła z pomieszczenia bez słowa, w szarość pochmurnego dnia. To też było zarazem przekleństwem jak i błogosławieństwem tego miejsca- nikomu nie trzeba było się tłumaczyć. Przychodzisz- to dobrze. Wychodzisz- również dobrze. Masz swoje sprawy- świetnie. Byle nie zawracać nimi głowy nikomu innemu...
    Nie zastanawiała się nad tym co robi, instynktownie skierowała się do miejsca, skąd dochodziła muzyka. Dopiero gdy zobaczyła budynek do którego zmierzała, myśli dogoniły czyny. Wiedziała kto gra i dlaczego.  Wiedziała, że może nie życzyć sobie widowni- sama przecież nie lubiła, gdy ktoś zerkał jej przez ramię, gdy się nad czymś skupiała. Ale z drugiej strony... Jeśli nie będzie sobie życzył, żeby go obserwować , na pewno od razu poprosi ją o wyjście. Jeśli zaś jest tak skupiony na ćwiczeniach, że nie dostrzega otaczającego świata, to może chociaż przez chwilę będzie mogła posłuchać i popatrzeć na Niego. Tylko chwilkę...
Jeśli drzwi będą zamknięte, to wrócę na swoje krzesło.
Nie były. Podeszła więc ostrożnie, zerkając do środka. Jej wzrok natychmiast powędrował w głąb pomieszczenia, skąd dochodziła muzyka. Odetchnęła, uśmiechając się odrobinę szerzej. Stał niemal w samym kącie, zwrócony plecami do niej. Całą swoją uwagę skupiał na instrumencie trzymanym w dłoniach, oraz kartkach z nutami, starannie rozłożonymi przed Nim na prowizorycznym stojaku.
Kątem oka dostrzegła, że przy drzwiach siedzi jego przyjaciel, również zasłuchany w dźwięki skrzypiec, więc podeszła i usiadła obok, nie odrywając wzroku od muzyka. W jednej sekundzie wszystkie niechciane myśli i problemy zostały za drzwiami budynku, uwalniając ją od tego nieznośnego ciężaru, jakim były. Poczuła się lekka, wolna i w końcu na właściwym miejscu.
Niewielka zmiana w granej przez Niego melodii spowodowała że, tak jak On całkowicie skupiał się na swojej grze, tak ona skupiła całą swoją uwagę na Nim. Choć niewiele wyższy od niej, nagle urósł o kilka centymetrów; Jego mocno zarysowane ramiona i silne dłonie nagle nabrały miękkości i delikatności, gdy trzymał w nich skrzypce i smyczek; postawa tak zawsze wyprostowana i sztywna uległa czarowi muzyki, wprowadzając Go w trans lekkich podrygów i kołysań; plecy zawsze lekko przygarbione tym razem wyprostował, choć chyba zupełnie nieświadomie. Żałowała, że nie widzi wyrazu Jego twarzy, bo choć przecież dobrze znała Jego wygląd miała świadomość, jak inaczej musi wyglądać teraz- jeszcze dojrzalej, jeszcze inteligentniej, jeszcze przyjaźniej, a zarazem delikatniej i poważniej.
Przymknęła oczy, aby wyostrzyć słuch na melodię skrzypiec, po raz pierwszy słyszaną bez akompaniamentu innych instrumentów. Nie odważyła się jednak zamknąć ich całkowicie, aby nie stracić ani jednej zmiany, jaka zachodziła w Jego zachowaniu, gdy grał. Dzięki temu dostrzegała każdy szczegół, nawet ten najmniejszy. Wyłapała lekki skurcz ramienia, gdy wydobył z instrumentu nie ten dźwięk; dostrzegła napięcie mięśni karku, gdy przeszedł do trudniejszego fragmentu. Zachichotała cicho, gdy przerwał na moment, aby przełożyć kartkę i nim na powrót przyłożył smyczek do strun wywinął nim młynka w powietrzu, wykonując zgrabny obrót nadgarstkiem. Ile razy ona sama tak robiła w chwilach głębokiego skupienia? Ile razy potem musiała rozmasowywać sobie nadgarstek, gdy coś w nim nieprzyjemnie chrupnęło? Setki na pewno, może tysiące...
Zapragnęła podejść bliżej, stanąć zaraz za nim, żeby móc widzieć dokładniej jak pracują Jego dłonie. Aby z bliska móc podziwiać ten taniec mięśni dopasowany do muzyki, którą czarował. Aby móc obserwować emocje grające na Jego twarzy. Żeby móc przekonać się, czy czerpię z tego choć ułamek tej przyjemności i radości, którą ona czuła teraz w sobie. Zabrakło jej jednak odwagi, bała się zburzyć tę aurę skupienia, jaka Go otaczała.
Została na swoim miejscu jeszcze długo po tym, gdy odkrył swoją powiększająca się publikę. Choć widziała wszystkie oznaki napięcia jakie Mu zaczęły towarzyszyć; choć dosłyszała różnicę w jego grze, gdy uświadomił sobie, że jest obserwowany, jakiś element życia wskoczył na powrót na swoje miejsce. I choć do wierzy spokoju i beztroski w której się przez moment znalazła wkradł się codzienny chaos wprowadzony przez innych ludzi, którzy zakłócili Jego ćwiczenia- to nie miało znaczenia.
    Poczuła impuls, nakazujący jej wstać i podejść do Niego, przytulić się na chwilę w niemym wyrazie wdzięczności za te pozytywne emocje, które poczuła dzięki Jego grze. Zabrakło jej jednak odwagi. Była obcą osobą w Jego świecie, kolejnym intruzem, który zakłócił Jego czas. Walczyła więc ze sobą przez chwilę, bo niesforna strona jej natury nakazywała poddać się tej nagłej potrzebie; ta opanowała zaś podpowiadała, jak niestosownie mogłoby zostać odebrane tak poufałe zachowanie.
    Jednak gdy na dobre odłożył instrument i zajął się ludźmi, którzy przyszli, oderwała w końcu od Niego wzrok, nakazał swojej buntowniczej naturze siedzieć cicho, i wyszła z budynku równie cicho jak do niego weszła.
Impulsy.
Tekst jest mocno osobisty.
Powinien coś wyjaśniać. A może tylko bardziej gmatwa?
Z dedykacją dla A.
Loading...
II kwartał, 2186
SSV Normandia

Rzeź. To właśnie na nas czekało. To właśnie do nas przyszło. Czy zdążę jeszcze cokolwiek na to poradzić?


Spojrzałam na nieśmiertelniki, które trzymałam w dłoni. Nowe, błyszczące, nieskażone nawet jedną rysą. I te drugie, pociemniałe, podrapane, wygięte, leżące na biurku. Na pierwszych było moje imię, nazwisko, grupa krwi i stopień wojskowy. Brakowało przydziału służbowego- podejrzewałam, że Anderson próbował przywrócić mnie do służby, dlatego kazał je zrobić. Nie wiedział tylko gdzie uda mu się mnie wcisnąć, dlatego zabrakło tej informacji. Świadomość tego, że jako jeden z niewielu próbował mi pomóc, była pocieszająca.
Na starych nieśmiertelnikach, których nie odebrali żołnierze wyprowadzający mnie z pokładu Normandii, było więcej danych. Był stary przydział, ale także wyryty status Widma, który dobiłam na własną rękę. Co prawda nie podlegałam wtedy bezpośrednio Przymierzu, ale dla mnie to była całość- Komandor Eamy Shepard, SSV Normandia, Widmo. To te nosiłam, gdy ścigałam Sarena. To te miałam na sobie, gdy Zbieracze zniszczyli pierwszą Normandię. Je właśnie dostałam w prezencie od Liary, która odzyskała moje pokiereszowane ciało z rąk agentów Handlarza Cieni. To w nich zniszczyłam Bazę Zbieraczy. Były niemal integralną częścią mnie.
    Zamaszyście otworzyłam szufladę i cisnęłam do niej nieśmiertelniki, którymi Anderson przywrócił mnie do służby. Były ważne, ale tylko w tamtej chwili. Wstając, sięgnęłam po te stare. Odnotowałam też w pamięci, aby dowiedzieć się, co stało się ze wszystkimi moimi rzeczami, którymi wypełniona była kajuta, nim oddalam statek Przymierzu.
- EDI, ile zostało do lądowania na Marsie?
- Za dwadzieścia minut będziemy prawie na miejscu- zameldowała SI, gdy wsiadłam do windy-  Jednak stan pogodowy uniemożliwia lądowanie, polecicie więc promem.
    Polecicie. Znaczy ja, porucznik James Vega i major Kaidan Alenko.  Normandia została ewakuowana w pośpiechu i naprawdę olbrzymim szczęściem było to, że wystarczająca ilość załogi potrzebnej do obsługi statku, była na pokładzie.  Nie byłam zaskoczona, że Joker siedział za sterami- chyba po prostu przyrósł do fotela. EDI również działała, co dawało mi możliwość nadrobienia zaległości z ostatnich miesięcy.  Cieszyłam się z obecności Jamesa, bo poznałam go trochę i wydawał się znakomitym towarzyszem do każdej ciężkiej wyprawy, a nasza zdecydowanie taka była.  Sprawiał pozory osiłka, jakich wielu w organizacjach militarnych, bez myślenia wykonującego każdy rozkaz. Nawet ten najgłupszy.  Ale podczas kilku rozmów z nim zauważyłam, że to tylko iluzja, bo…
   Drzwi windy otworzyły się na poziomie Centrum Informacji Bojowych, a mój wzrok skrzyżował się z tak dobrze znanym brązem oczu Kaidana.

*

Szłam płytą lądowiska prosto do drzwi hangarów, trzymając się blisko Andersona. Ogłuszały mnie krzyki zgromadzonych dziennikarzy i żołnierzy, którzy obserwowali mój powrót na Ziemię.  Starałam się jednak lekceważyć obelgi i wyzwiska, którymi mnie raczono, a spośród których morderczyni i kryminalistka były najdelikatniejszymi.  Czułam za plecami obecność porucznika Vegi, która w dziwny sposób uspokajała. I starałam się kontrolować ukradkowe spojrzenia, które od czasu do czasu wymykały mi się na boki, aby ocenić zagrożenie. Stary odruch, nabyty podczas lat służby mógł w tej chwili okazać się zapalnikiem dla tego rozwścieczonego tłumu. Wystarczyłoby tylko, aby jedna osoba odebrała mój wzrok jako wyzwanie, a nie wiadomo jak wszystko mogłoby się potoczyć. Nie chciałam, aby broń, którą na wyposażeniu mieli eskortujący mnie żołnierze musiała zostać użyta w mojej obronie...
Choć starałam się jak mogłam, zerkania nie udało się całkowicie powstrzymać. Widziałam grymasy pogardy na twarzach zebranych żołnierzy, podekscytowanie na twarzach dziennikarzy którzy próbowali dostać od nas odpowiedź na zadawane pytania, frustrację osób wysoko postawionych w Przymierzu- tym, że muszą marnować swoje siły na poradzenie sobie z problemem, który wywołałam. I gdy już dochodziliśmy do drzwi hangarów, a ja po raz kolejny odruchowo oceniłam zagrożenie, dostrzegłam jego- stał pomiędzy najbliższym rzędem dziennikarzy i żołnierzy, jako jedyny nie otwierając ust. Śledził każdy nasz ruch, mój ruch, a mięśnie jego przystojnej twarzy napięte były od targających nim emocji- dziwnej mieszanki pogardy, irytacji i złości, ale też jakby wyrzutów umienia i skruchy. Chociaż może to ostatnie tylko chciałam dostrzec, gdy nasz wzrok skrzyżował się na ułamek sekundy, nim odwróciłam gwałtownie głowę, a on zniknął w tłumie?

*

Powietrze w windzie zgęstniało, gdy w milczeniu zjeżdżaliśmy do hangaru. Od naszego ostatniego spotkania na Horyzoncie po raz pierwszy odezwał się do mnie, gdy Anderson prowadził mnie przed oblicze Rady Sił Zbrojnych Przymierza Systemów, a Kaidan właśnie wychodził ze spotkania z nimi. Nie dało się tego nazwać  rozmową- kurtuazyjnie się przywitaliśmy, ale jego uwaga po moim zaskoczeniu jego stopniem była niemal jak atak. Zupełnie jak raport, który zdał mi po moim przejęciu Normandii. Czułam dystans, z jakim do mnie podchodził. Został uwięziony na moim statku i byłam pewna, że jedyne o czym myśli, to zmiana przydziału. Chwilowo jednak zapanował za duży chaos, żebym mogła się nad tym zastanawiać. Najprawdopodobniej zaś Kaidan nadal widział we mnie agentkę Cerberusa, zdrajczynię Przymierza.
Wybawieniem okazało się dotarcie do hangaru. Vega stał przy stole z amunicją, ekwipując się. Odwrócił się, gdy nas usłyszał.
- Jaki jest plan, pani komandor?
Aż rwał się do działania.  Był młody, silny i ambitny, chciał sprawdzić się w walce, a tymczasem wyrwaliśmy go z oka cyklonu, który rozpętał się na Ziemi.  Miałam nadzieję, że ten zapał do działania nie okaże się jego wadą.
- Prosty.- odparłam, gdy podeszliśmy do stołu z amunicją- Lądujemy, orientujemy się w sytuacji, dowiadujemy się co tu robi Liara i obieramy kurs na Cytadelę.
Ekwipowaliśmy się w ciszy, którą przerywały hiszpańskie szepty Vegi. Posyłałam mu wtedy pobłażliwe spojrzenia, na które odpowiadał szerokim uśmiechem.  Kaidan natomiast zachowywał się, jakby nas nie widział.
- Pani komandor- zatrzeszczał interkom- Nie mogę wywołać bazy- zameldował Joker.
Przeklęłam, montując pistolet do zatrzasku na biodrze.
- Kanały alarmowe?
- Kompletna cisza- padła odpowiedź.
Było coraz gorzej. Jeśli faktycznie na Marsie były jakieś dane, które mogły nam pomóc w pokonaniu wroga, a baza została zaatakowana, albo co gorsza, zniszczona…
- Może zakłócenia wywołała burza- włączyła się EDI.
- A może nie- rzuciłam bardziej do siebie- Trudno, lecimy tak czy siak. Może uda się ich wywołać z promu- kiwnęłam na mężczyzn, wskazując na Kodiak- EDI, zrób wszystko, żebyśmy nie stracili kontaktu z Normandią.
- Tak jest, Shepard.
Spojrzałam na szerokie ramiona Kaidana idącego przede mną. Jak miałam poprowadzić go w bój, nie wiedząc, czy nie jestem dla niego celem do ataku? Jego zaciśnięte wargi, martwe oczy, szybkie, wyuczone ruchy jasno dawały do zrozumienia, że jak na żołnierza przystało da z siebie wszystko podczas misji- ale czy zaakceptuje wszystkie moje rozkazy i decyzje?
- Majorze.
Zatrzymał się i odwrócił w moją stronę, gdy Vega wszedł już na pokład Kodiaka. Nie wyglądał na zainteresowanego tym, co mam mu do powiedzenia, choć starał się wyglądać na obojętnego.
- Tak, pani komandor?- nie udało mu się zwrócić do mnie bez tego samego dystansu, z którym na mnie patrzył. Zupełnie jak…
- Zanim wyruszymy…- zawahałam się. Nie, dla mnie nie ma odwrotu.- Chcę mieć pewność, że wykonasz wszystkie moje rozkazy.
Jego brwi powędrowały do góry w geście niezadowolenia z mojej postawy. Z tego, że miałam jakieś obiekcje. Że poddawałam w wątpliwość jego motywację do działania. Ale jak mogłam mieć pewność, że nie zawiedzie, skoro uważał mnie za zdrajcę? Jak mogłam poprowadzić go do akcji bez pewności, że mnie osłania, zamiast celować w moje plecy?
- Bez obawy, pani komandor- stopień wymówił niemal jak przekleństwo, przez które stoi w hierarchii niżej- Wiem, co mam robić. Nie zawiodę misji.
Odwrócił się, chcąc odejść, ale poirytowana nie pozwoliłam mu na to. Chwyciłam jego ramię, lekkim szarpnięciem zmuszając do ponownego odwrócenia w moją stronę. To ja zakończę tę rozmowę.
- Nie obawiam się, że nie poradzisz sobie z misją- warknęłam- Tylko z tym, że znowu razem służymy.
- Jeśli uważasz, że ty, jako mój dowódca stanowisz problem…- urwał, taksując mnie nieprzychylnym spojrzeniem- Masz rację. Ale poradzę sobie z tym.
Oszołomiona nie protestowałam, gdy wyrwał się i wsiadł do promu. Poczułam jednak pulsujący uścisk w klatce żeber.  Ten dobrze znany kujący ból i wrażenie rozpadania się na kawałki. I choć bardzo chciałam, aby jego słowa nie wywołały we mnie tego uczucia, to nic nie mogłam na to poradzić.
Zachowywał się, jak wróg.
ME3- Wybory.
Ostatnia cześć trylogii. Podejrzewam, że ta zajmie mi najwięcej czasu i obejmie też najwięcej części.
Cóż mogę jeszcze dodać.

Poprzednia część: eamycross.deviantart.com/art/M…

Większosć świata i postaci należy do BioWare.
Loading...
(...)
"Są takie noce
od innych ciemniejsze,
kiedy się wolno rozpłakać,
wolno powtarzać słowa najświętsze,
mówić o wróżbach i znakach"
(...)

deviantID

EamyCross's Profile Picture
EamyCross
Beata- or Beciak.
Artist | Hobbyist | Photography
Poland
Niepoprawna marzycielka, twardo stąpająca po ziemi. Egoistyczna egocentryczka, otwarta na potrzeby innych. Rasowa moralistka, dla której dobra materialne mają najmniejszą wartość. Wycięta z kontekstu własnego życia. Do mnie trzeba przywyknąć, ale ludziom zwykle brakuje cierpliwości.
Interests

AdCast - Ads from the Community

×

Comments


Add a Comment:
 
:iconvinghen:
Vinghen Featured By Owner Mar 16, 2014   Traditional Artist
Jeso, a ja nawet za watcha nie podziękowałam! :O Mea culpa, mea culpa wielka! :bow: :glomp: 
Reply
:iconeamycross:
EamyCross Featured By Owner Mar 16, 2014  Hobbyist Photographer
Ależ niezamaco! :D
Reply
:iconvinghen:
Vinghen Featured By Owner Mar 16, 2014   Traditional Artist
:glomp: :D :D
Reply
:iconvulpenkreutz:
VulpenKreutz Featured By Owner Sep 15, 2013
"... Co dzień miodzie 
Tym mi smakujesz słodziej!
Szczodrością moich dni,
Dziękuję Ci!"

Merci:)
Reply
:iconeamycross:
EamyCross Featured By Owner Sep 15, 2013  Hobbyist Photographer
O, a ten cytat z czego?

Niezamaco ;)
Reply
:iconvulpenkreutz:
VulpenKreutz Featured By Owner Sep 15, 2013
"Jan Kochanowski" Jacka Kaczmarskiego:*
Reply
:iconeamycross:
EamyCross Featured By Owner Sep 15, 2013  Hobbyist Photographer
Mhm...
Reply
:iconavarati-elvo:
Avarati-Elvo Featured By Owner Jul 4, 2013  Student Writer
Nowy rozdział o Saszku!
Reply
:iconmart120:
MArt120 Featured By Owner May 8, 2013  Student Traditional Artist
Dzięki za :+devwatch: <3
Reply
:iconeamycross:
EamyCross Featured By Owner May 8, 2013  Hobbyist Photographer
Niezamaco ;)
Reply
Add a Comment: