Shop Mobile More Submit  Join Login
About Photography / Hobbyist Beata- or Beciak.Female/Poland Recent Activity
Deviant for 3 Years
Needs Core Membership
Statistics 185 Deviations 700 Comments 4,944 Pageviews
×

Newest Deviations

Favourites

Groups

Activity


„Kalahiro, serce tej istoty jest czyste, lecz zmaga się z niegodziwością i występkiem.”

Pierwszy raz od wielu lat marzyłam tylko o jednym- aby w końcu móc odpocząć. Aby w ciszy kajuty zdjąć z siebie ciężki pancerz i móc zasnąć. Na długie godziny, wypełnione błogą nieświadomością. Żeby nie czuć szczypania oczu. Guli w gardle, która oznaczała jedno. Aby zapomnieć o tym, że ból, który odczuwam świadczy o tym, że zawiodłam. Że znowu straciłam.

***

„Siha,
Piszę to z ciężkim sercem, bo wiem, że przeczytasz ten list, kiedy ja nie będę już mógł podzielić się z Tobą moimi myślami. Umieram Siha. Mogę żywić nadzieję, że ze względu na różnice miedzy naszymi gatunkami czas będzie dla Ciebie lekarstwem, a ból po moim odejściu zmieni się w niewyraźne wspomnienia, które dla drella na zawsze zachowałyby niezmąconą ostrość.
Jednak egoizm nie pozwala mi opuścić tego świata nie zostawiwszy cząstki siebie, która nigdy nie zniknie.”


   Jak wszystko mogło się tak bardzo skomplikować? Jak to się stało, że pomimo wysiłków, jakie wkładałam w ocalenie bliskich mi osób zaczynałam tracić ich coraz więcej? Czy wykorzystałam swój limit szczęścia na przestrzeni ostatnich trzech lat? Czy było jakieś prawo, które mówiło ilu moich ludzi, ilu przyjaciół musi zginąć, nim będę mogła pokonać Żniwiarzy? A może była to kara za zostawienie Andersona na Ziemi? Czy los chciał mi w ten sposób dać do zrozumienia, że podążam złą droga i mam obrać inny kierunek? Dlaczego musieli przy tymi ginąć dobrzy ludzie? Tacy, którzy zasługiwali na to, aby przetrwać tę wojnę i móc potem spokojnie żyć…
   Weszłam na pokład obserwacyjny trzeciego poziomu statku. Otaksowałam wzrokiem barek, wypełniony po brzegi różnorakimi alkoholami.

„Już kiedyś pogodziłem się ze swoim losem. Byłem jedynie skorupą, która czekała na śmierć.”

   Wiedząc, że żaden z trunków nie wywoła takiego efektu, jakiego oczekiwałam, sięgnęłam losowo po dwie butelki. Jedną pękatą, wypełnioną złotawym mętnym płynem i drugą, stojącą na zupełnie innej półce, mieniącą się lekko bladoróżowym blaskiem znajdującego się w niej alkoholu. Nie patrząc na etykiety postawiłam je na blacie baru i sięgnęłam po szklankę. Napełniłam ją do polowy pierwszym płynem, a potem drugim dopełniłam wysokie naczynie.

„Oczekiwanie na szybki koniec rozwiało się, gdy dołączyłem do walki za Twoją sprawę. Przebudziłaś mnie, Shepard. Moje zmęczone serce zaczęło bić szybciej, by pozostać przy Twoim boku i za wszelką cenę Cię ochraniać.”

   Powstała w ten sposób mieszanka nie tylko wyglądała odpychająco, ale także miała gryzący, ostry zapach. Przytknęłam szklankę do ust i zaczęłam pić.
Gorzki, palący smak alkoholu złamany był jakąś słodkawą, lekko mdłą nutą. Nie łagodziła ona jednak uczucia pieczenia, które natychmiast rozpaliło mój przełyk, szczypiąc i szarpiąc wnętrzności. Choć organizm w pierwszym odruchu chciał pozbyć się trucizny, ale nie dopuściłam do tego. Powstrzymałam odruch odkrztuszenia,  zaciskając oczy, w których poczułam wilgoć. Zmusiłam się do dalszego przełykania alkoholu. Łyk po łyku- każdą obrzydliwą odrobinę trucizny, która miała przynieść ukojenie.

„Byłem szczęśliwy, mogąc po prostu patrzeć, korzystać z pozostałego mi czasu i dziękować. Za to, że mogę przeżyć moje ostatnie dni z nadzieją i pewnością, że zasługuję na więcej, niż moja zimna izolacja- tylko dlatego, że Ty wierzyłaś.”

   Gdy połknęłam ostatni łyk tego świństwa, wcale nie poczułam się lepiej.  Czułam ogień, żywe płomienie, które miały strawić mnie od środka. Mrowienie ciała, zupełnie jakbym nie wypiła tego alkoholu, tylko zażyła w nim kąpieli. Lekko szczypiący, nieprzyjemny dreszcz paraliżował wargi i język, które miały najdłużej kontakt z tą, stworzoną przeze mnie, mieszanką.
- EDI- zwróciłam się do SI, siadając na jednym z krzeseł- Wyłącz interkom w tym pomieszczeniu.
- Tak jest, Shepard.
Sięgnęłam po bladoróżową butelkę, nalewając sobie jej zawartości do szklanki.
Czy naprawdę nie mogłam nic na to poradzić? Czy wtedy, na Virmir, nie mogłam jakoś odesłać chociażby Liary, aby spróbowała ocalić Ashley? A na Tuchance- czy nie było innego sposobu na rozprowadzenie leku na genofagium? Może po prostu go nie dostrzegłam, bo przecież uciekały cenne sekundy. Może gdybym powstrzymała Mordina…

„Kocham Cię. Bądź tego pewna, nawet jeśli wszystko inne pogrąży się w falach przypływu. Poprzez łaskę jaką obdarzyła mnie bogini Arashu, powierzam Cię jej boskiej opiece, mój wojenny aniele, moja Siho, byś szczęśliwie wypełniła swoje przeznaczenie. By rozjaśniła Ci drogę w nadciągającej ciemności. By zesłała Ci nadzieję, gdy wszystko będzie wydawało się stracone.”

*
- Thane!
Dopadłam przyjaciela, zapominając o pogoni za uciekającym  agentem Cerberusa. Przytknęłam prawą rękę do obficie krwawiącej rany, aktywując swój omni-klucz.
- Bailey! Thane jest ranny! Przesyłam współrzędne, natychmiast przyślij pomoc!- słyszałam jak głos mi drży, jak przestaję nad wszystkim panować. Chciałam spróbować zatamować krwawienie medi-żelem, ale Thane chwycił moją dłoń i zmusił, żebym na niego spojrzała.
- Siha, to nic…- w jego czarnych oczach zobaczyłam własne, przerażone odbicie- Musisz go powstrzymać.
- Ale ty…
- Eamy…
Od lat nikt nie zwracał się do mnie w ten sposób. Tylko w jednych ustach moje imię brzmiało jak najcenniejsza tajemnica, za którą warto ginąć. W imię której można zabijać. Jak najcenniejszy sercu sekret, którego nie wyjawia się nawet na łożu śmierci.

*

   Otworzyłam oczy, chcąc odgonić od siebie tamte obrazy.
Przytknęłam szklankę do ust, smakując dziwnego alkoholu. Sam był zdecydowanie słodszy, o jakimś tajemniczym, owocowym posmaku.  Jak na mój gust czegoś w nim brakowało, ale to nie miało teraz znaczenia. Ważne było to, że przy odpowiedniej dawce powinno pozwolić mi choć na chwilę przestać myśleć. Wspominać…

„Będę na Ciebie czekać na drugim brzegu morza.”

   Usłyszałam, jak drzwi otwierają się. Nie sprawdziłam jednak, kto wszedł, tylko sięgnęłam po butelkę mętnego alkoholu, uzupełniając nim pustą szklankę. Potem pociągnęłam z niej zdrowo rozumiejąc, który trunek wywoływał ów palące uczucie.
- Shepard?
Nie zdziwiłam się, że Kaidan chce ze mną porozmawiać. Niewiele sobie wyjaśniliśmy, gdy zgodziłam się na jego ponowne dołączenie do załogi. Chciałam rozwiać wszystkie wątpliwości między nami, ale to nie był dobry moment.
- Majorze, nie teraz.
Jego cień, który zobaczyłam na blacie uzmysłowił mi, że podszedł bliżej.
- Chciałem porozmawiać.
Mówił miękko i cicho. Jakby bał się mojej reakcji i sprawdzał, na ile może sobie pozwolić.
- Powiedziałam ci, nie teraz.
Odwróciłam się w jego stronę.  Miałam nadzieję, że zrozumie i zostawi mnie samą, żebym dalej mogła się upijać. Dopiero zaczynałam czuć skutki mieszanki, którą zażyłam i wiedziałam, że to nadal za mało. Lekki szum w uszach i ledwo wyczuwalne zawroty głowy nie były tym, czego chciałam. Nie mogły przynieść ukojenia i zapomnienia. Dać choćby chwilowej wolności od odpowiedzialności za własne życie. I za życie tych, których już nie było. Te istnienia, których nie udało mi się ocalić przed najgorszym…
   Nie odezwał się, choć nie wyglądało też na to, żeby miał odejść. Obserwował mnie, a w jego oczach widziałam współczucie.
Odwróciłam się więc, znowu sięgając po szklankę. Alkohol był cierpki i to chyba stąd brało się ów piekące uczucie. Chciałam uzupełnić szklankę, ale gdy sięgnęłam po butelkę ubiegł mnie Kaidan, odsuwając ją. Posłałam mu poirytowane spojrzenie.
- Nie wtrącaj się.
Pokręcił głową i pochylił się nad blatem, aby własnym barkiem uniemożliwić mi sięgniecie po butelkę.
- Chcesz się upić? Shepard, przecież to do ciebie niepodobne.
Parsknęłam ironicznie, choć wcale nie było mi do śmiechu.
- Skąd możesz wiedzieć, co, Alenko?- dziwnie było zwracać się do niego w ten sposób, ale nie miałam zamiaru skracać dzielącego nas dystansu, który wyznaczył dawno temu- Skąd wiesz, jaka jestem a jaka nie, skoro nie było cię na Normandii, gdy ta należała do Cerberusa?
Nie udało mu się zamaskować grymasu niezadowolenia, gdy wytknęłam mu tamto odwrócenie się od nas. Ode mnie. Tamtą oznakę tchórzostwa.
- Skoro nie mogłeś przekonać się, czy nadal jestem tym samym żołnierzem, to skąd możesz wiedzieć?- brnęłam dalej czując, jak alkohol zwalnia hamulce, utrzymujące całą moją gorycz w ryzach- Czy to ja, Komandor Shepard? Ta sama, która pokonała Sarena  i Suwerena, choć Rada rzucała jej kłody pod nogi?
Odwrócił głowę w bok, najwidoczniej nie mogąc znieść mojego twardego spojrzenia.
- Czy ta kobieta, która oddała życie za was, za ciebie, naprawdę powróciła?
Zamknął oczy, zaciskając je tak mocno, że widziałam każdą ze zmarszczek, jaka utworzyła się w kącikach tego oka, które zwrócone było w moją stronę. Najwidoczniej chciał odepchnąć od siebie te wszystkie zarzuty, którym pozwalałam w końcu opuścić własne usta. Które tyle czasu zatruwały mój umysł, niby zepchnięte gdzieś w kąt świadomości, a jednak cały czas sprawiające ból.
Nie wiedziałam, skąd bierze się uczucie satysfakcji, które zaczęło mnie ogarniać na widok jego cierpienia. Wiedząc jednak, że cały rezon, z jakim dotąd Kaidan się do mnie odnosił niknie, brnęłam dalej, jednocześnie sięgając po butelkę, którą ode mnie odsunął.
- Skoro nie wiesz, jaka jestem to nie mów mi, co mam robić, majorze.
W panującej ciszy dźwięk przelewanego do szklanki alkoholu aż huczał. Wiedziałam, że gdy tylko znajdę się sam na sam ze swoimi myślami zacznę odczuwać wyrzuty sumienia, ale nie chciałam na razie o tym myśleć. Powolna utrata kontroli nad sobą mogła przynieść chwilowe oczyszczenie. I choć na chwilę pozwolić mi zapomnieć o tym, że Thane oddał życie za mnie. Bo stał przy moim boku i za wszelką cenę mnie chronił. Choć to samo obiecał mi kiedyś właśnie Kadian.
   Dopiłam alkohol czując, że mam dość. Wiedząc, że niebawem stracę panowanie nad sobą, a wtedy powinnam być sama, wstałam. Mężczyzna spojrzał na mnie znowu. Nasz wzrok spotkał się i widziałam w jego oczach ból tego, co przeszedł i tego, co przeżywał teraz. Ale ja musiałam zadać mu jeszcze jeden cios.
- Odpowiedz mi na jedno pytanie- poprosiłam- Czy naprawdę wierzyłeś w to, co powiedziałeś na Horyzoncie?
Jego uniesione w zaskoczeniu brwi kazały mi doprecyzować pytanie. To była  moja szansa na zrezygnowanie, wycofanie się. Nie wykorzystałam jej.
- Wierzyłeś w to, że zdradziłam ideały Przymierza i oddałam się Cerberusowi?
Dokładnie zacytowałam jego słowa z tamtego dnia.
Drgniecie mięśni, lekko rozchylone w niedowierzeniu usta. A potem zaciśnięte ze złości pięści kłócące się z przepraszającym wzrokiem. I cisza. Nieprzerwana cisza.
Poczułam łzy, gromadzące się w kącikach oczu. Wszystkie emocje, z którymi próbowałam sobie poradzić, w końcu miały znaleźć ujście.
- Chyba znam odpowiedź- powiedziałam cicho.
- Shepard…
   Niemal wybiegłam z pomieszczenia. W drodze do kajuty ocierałam pierwsze łzy które, nieposkromione, przecierały szlak na moich policzkach.
Początkiem mojego końca był przydział na pierwszą Normandię. Od tamtego czasu, choć tyle zyskałam, straciłam równie dużo. Szacunek moich przyjaciół, wojskowy awans, status Widma, okrzyknięcie bohaterką, miłość. Wszystko okupione łzami straty, odtrącenia i widmem śmierci, która tylko czekała, aby ponownie pochwycić mnie w swoje ramiona. A skoro nie udawało jej się sięgnąć po moją duszę, zabierała moich przyjaciół.
   Nie mogłam opanować ciężkich łez, które zamazywały obraz, gdy w swojej kajucie sięgałam do pudełka z nieśmiertelnikami. Słyszałam własny, urywany oddech, gdy płuca chciały poradzić sobie z histeryczną próbą zapanowania nad sobą. Problemem stało się opanowanie drżenia rąk, którymi próbowałam odnaleźć stare nieśmiertelniki Thane’a, które nosił podczas naszej wspólnej misji.

„Wszechświat jest mrocznym miejscem. Przed śmiercią chcę go rozjaśnić.”

W półmroku panującym w pomieszczeniu miałam problem z rozczytaniem słów na blaszkach, dlatego poddając się fali bezsilności i irytacji po prostu wywróciłam szkatułkę do góry dnem. Wszystkie zgromadzone w niej nieśmiertelniki zabrzęczały, spotykając się z blatem. Pochyliłam się, szukając tej konkretnej pary…

„Muszę wyznać, że stałaś się dla mnie bardzo ważna.”

   Z każdą srebrną łzą, która znaczyła ścieżkę na moim policzku, rozpacz którą czułam, zyskiwała na sile. Opętała moje ciało, komórka po komórce przejmując kontrolę nad wspomnieniami, które zalewały mój umysł.
Widziałam uśmiechniętą Ashley, puszczającą do mnie oko, oddalając się za salarianami. “Widzimy się później, Komandorze”.
Widziałam Andersona, który stał na tym kawałku zniszczonego lądowiska i z niemal opróżnionym już magazynkiem przywracał mnie do służby. „Nie lecę z wami. Widziałaś tych ludzi. Takich jak oni są miliony. Potrzebują przywódcy”.
Widziałam Mordina w drzwiach windy, która wyniosła go do śmierci. Słyszałam jak mówi: „To muszę być ja. Szkoda, że nie zrobię tych badań na muszelkach”.
Widziałam Thane’a, który walcząc z Kai Lengiem dawał z siebie wszystko, ale przez chorobę jego ciało nie było już tak sprawne. Słyszałam dźwięk rozdzieranego ubrania i krwi kąpiącej na posadzkę. Widziałam jak spojrzał na mnie i miękko wyszeptał moje imię...
   Zobaczyłam je w końcu. Światło zagrało na ciemnych literach THANE KRIOS, jakby szydząc z tego, że wcześniej ich nie dostrzegłam. Gdy sięgnęłam po nieśmiertelniki dotarło do mnie, że to naprawdę jest koniec. Że jedna z najważniejszych osób w moim życiu odeszła, zamykając oczy już na wieczność.  Śmierć drella była nieodwracalną stratą, którą poniosłam na swojej ścieżce. Nigdy więcej nie dostanę od niego widomości, nie odwiedzę go w szpitalu. Nigdy więcej nie usłyszę miękkiego, głębokiego tembru jego głosu, gdy nazywa mnie Sihą…
   Czując, jak uginają się pode mną kolana, wolną rękę wyciągnęłam przed siebie, w nieudanej próbie oparcia się na krześle. Osunęłam się na podłogę, boleśnie obijając biodro, ale to nie miało znaczenia. Pozwoliłam rozpaczy przejąć nad sobą kontrolę, przyciskając dwa niewielkie kawałki metalu do piersi.
Wybory V
Dopóki mam flow, to wrzucam.


Poprzednia część: eamycross.deviantart.com/art/W…


Większosć świata i postaci należy do BioWare.
Loading...
W jakimś niezrozumiałym dla samej siebie odruchu kazałam zabrać pełne hełmy, gdy szykowaliśmy się do ponownego lądowania na Tuchance. Okazało się to dla nas wybawieniem- w tumanach pyłu i kurzu bitewnego  nie tylko nic byśmy nie widzieli, ale nie moglibyśmy również oddychać.
Próbując przedrzeć się przez zombi, grasantów i kanibali których było pełno w miejscu przebywania Żniwiarza zaczęłam zastanawiać się,  czy nasza taktyka w ogóle ma szansę powodzenia. Siła wroga była tak duża, że omal nie kosztowała Jamesa życia,  gdy dwaj brutale go zaatakowali. Tylko przytomność umysłu Garrusa sprawiła, że siła miny rozerwała jednego z potworów dając porucznikowi szansę ucieczki z jego pozycji. Sytuacja była rozpaczliwa, zawsze skuteczna taktyka skradania zawiodła na całej linii, a my pokładaliśmy nadzieję na pozbycie się wroga w olbrzymim robalu… W tym momencie nawet samobójcza misja do bazy Zbieraczy brzmiała mniej absurdalnie.

- Flankują nas brutale!- zameldował Garrus z lewego skrzydła.
Zaklęłam cicho, wychylając się.  Miał rację, do tego mutantów była trójka. A my byliśmy już tak blisko, wystarczyło podnieść drugi młot i spróbować wezwać Kalros...
Olśnienie przyszło, gdy przeładowałam karabin szturmowy. Dlaczego nie wpadłam na to wcześniej?!
- Biegnę sama! Podniosę ten cholerny młot. Wycofajcie się na poprzednią pozycję! I nie dajcie się zabić!
Obaj zaczęli coś krzyczeć, ale nie słuchałam. Włączyłam kamuflaż taktyczny i rzuciłam się pomiędzy potwory, przyciskając broń do siebie. Mutant były pokraczne i wielkie, dzięki czemu pozostawiały między sobą niewielkie przerwy. Jeśli uda mi się między nimi prześlizgnąć…
Oczywiście w momencie, gdy wpadłam pomiędzy dwóch brutali  jeden z nich się zamachnął. Nie celował we mnie, więc ledwo mnie trącił ale to wystarczyło, aby jego mutanci mózg zanotował coś dziwnego. Nie straciłam nawet równowagi, ale osłona jaką dawał kamuflaż zagrała ferią barw i odbijanych promieni słonecznych. Nie traciłam czasu na sprawdzenie, czy potwory mnie zauważyły, tylko rzuciłam się za załamanie ściany słysząc ostrzegawcze piknięcie. Nie było czasu na sprawdzanie, co dzieje się za mną. Puściłam się biegiem po odsłoniętym podwyższeniu, prosto do kamiennego postumentu. Wiedziałam, że mogę mieć problem wcisnąć blok do środka, dlatego przestałam kontrolować swoje emocje...

Asari nie chciały włączyć się do walki…
Turianie zostawili bombę na Tuchance, która omal nas wszystkich nie zabiła…
Salarianie nadal próbowali wszystko sabotować…
Oddział Grunta zaginął, sprawdzając doniesienia o raknii…
Thane pozostawał pod stałą obserwacją w szpitalu na Cytadeli, bo umierał…
Kaidan znowu prosił o spotkanie…



Mieszkanka wściekłości i rezygnacji, zawodu i wstydu, rozpaczliwej tęsknoty i strachu- cały ten łatwopalny koktajl emocjonalny rozpalał moją duszę do czerwoności. Z głośnym okrzykiem wściekłości natarłam całą siłą swojego ciała na postument, wypychając przed siebie zgromadzoną siłę uderzenia biotycznego. Kamień z ogłuszającym zgrzytnięciem ustąpił.
Odwróciłam się w stronę z której nadbiegłam, składając się do strzału. Dwaj grasanci padli niemal natychmiast, gdy pociągnęłam serią z karabinu. Natomiast nic nie wskazywało na to, żeby nasza walka miała pomóc w ściągnięciu Kalros na pomoc.
To wszystko na nic?
Zbiegając z podwyższenia zlustrowałam okolicę i zobaczyłam zbliżającego się brutala. Wycelowałam w niego, ale mój mózg musiał zauważyć i przeanalizować zagrożenie wcześniej, bo rzuciłam się w bok na ziemię. Sekundę potem w miejscu, do którego biegłam i gdzie czyhał na mnie mutant wylądowała kończyna Żniwiarza, który próbował obronić się przed atakującymi go z powietrza turianami. Tylko dzięki temu, że przez chwilę skupiłam się tylko na ratowaniu własnego życia dotarło do mnie, że poza hukami wybuchów; metalicznymi, wibrującymi w powietrzu dźwiękami poruszającego się Żniwiarza słychać też miarowe, dudniące uderzenia. Te ostatnie musiały być osławionym młotem wzywającym matkę wszystkich miażdzypaszczy. Czułam, jak ziemia zaczyna drżeć. Wstałam w samą porę, aby zobaczyć, jak gigantyczny robal wynurza się z piaskowej pustyni, atakując przeciwnika. I właśnie wtedy dookoła mnie piekło rozpętało się na nowo. Aby przetrwać musiałam za wszelką cenę nie dać się zmiażdżyć dwóm walczącym gigantom, siejącym zniszczenie dookoła. Choć do laboratorium osłony miałam niewiele ponad sto metrów pokonanie rozpadających się chodników, unikanie obsypujących się ścian i przedzieranie się przez tumany piasku zajęło całą wieczność. Gdy w końcu udało mi się dotrzeć do budynku drzwi były wywarzane, a dwa piętra zawalone. Nie wiem co mi sprzyjało- los, fortuna, duchy przodków, jacyś bogowie- ale z boku osuwiska dostrzegłam utorowany w gruzowisku korytarz. On właśnie zaprowadził mnie prosto do sali, w której Mordin pracował przy jednej z konsol.
- Jak sytuacja?
- Mam lekarstwo- salarianin wskazał na torbę leżącą obok niego na ziemi- Evę odesłałem w bezpieczne miejsce.
- Więc na co czekamy? Karlos właśnie zabija Żniwiarza- zauważyłam, podchodząc bliżej.
- Ten sabotaż…- pierwszy raz Mordin się zawahał-... Muszę pojechać do laboratorium na najwyższym poziomie. Stąd nie da się rozpylić lekarstwa.
Spojrzałam w górę. Kiedyś salę zabezpieczał oszklony sufit, ale teraz nic nie przeszkadzało w patrzeniu na zniszczona wieżę. Wieżę, która zaczynała się sypać niczym zamek z piasku…
- Mordin, to niebezpieczne.- spojrzałam na niego- Nie ma jakiegoś innego wyjścia?
Musi być… przecież wysłanie go tam, to wysłanie go na śmierć!
Odwrócił się do mnie. Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy, nim odetchnął głęboko.
- Nie ma- wyjaśnił spokojnie. Zupełnie, jakbyśmy nie rozmawiali o kolejnej samobójczej misji. Tym razem definitywnie…
- Ale…
- Mój projekt, moja praca, moje lekarstwo- przerwał mi- Moja odpowiedzialność.


***

Szturm na Cytadelę. Brzmi jak wariactwo. Jak plan, który nie mógłby się nigdy powieść. Nie przy tym, jak wielka jest stacja; jak wiele zabezpieczeń posiada; jak wielu funkcjonariuszy pilnuje porządku. A mimo to Cerberusowi w jakiś niewyjaśniony sposób się to udało. I właśnie dlatego po raz kolejny ścigałam się z czasem, aby zapobiec katastrofie.

Przedarliśmy się przez okręgi. Uratowaliśmy salariańską Radną. Pokonaliśmy wszystkich żołnierzy, których Człowiek Iluzja wysłał przeciw nam- poza jednym.
Kai Leng.
Choć ze wszystkim sił skupiałam się tylko na nim i dotarciu do rady jako pierwsza, cały czas w uszach słyszałam ten charakterystyczny, niski szept…

- Siha, to nic… Musisz go powstrzymać.
- Ale ty…
- Eamy.


Każde kolejne pociągnięcie za spust było trudniejsze od poprzedniego; każdy krok kosztował mnie więcej zaparcia. Aby się nie odwrócić, aby nie zawrócić, aby nie porzucić misji…

- Jeszcze sekunda.
Spojrzałam na kucającego przy drzwiach Jamesa. Ostatni raz kliknął coś na swoim omni-kluczu i dioda drzwi rozbłysła zielenią.
- Broń w pogotowiu. Strzelać na rozkaz.
Przeszłam na przód formacji.
Głęboki wdech i…
Naprzód.

Drzwi otworzył się. Byłam gotowa na wiele- że członków Rady w ogóle nie będzie na lądowisku; widok odlatującego bezpiecznie promu; nawet agentów Cerberusa, którzy mogli tu czekać. Nie spodziewałam się jednak ujrzeć determinacji i pogardy w brązowych oczach, które patrzył na mnie znad otworu lufy pistoletu mężczyzny.
- Shepard? O co tutaj chodzi? - Kaidan zarządzał odpowiedzi nieznoszącym sprzeciwu głosem.
Spróbowałam ponad jego ramieniem wycelować w Udinę, ale nie udało mi się to. Zasłaniał go własnym ciałem. I to radny zdążył odezwać się pierwszy:
- Musi być z Cerberusem!
Boże, dlaczego?
Gdy przeniosłam spojrzenie z powrotem na Kaidana zrozumiałam. Był Widmem Rady, za wszelką cenę chciał ich ochronić. Nie mógł wiedzieć, że największe zagrożenie stoi dokładnie za jego plecami. Za to widział mnie- zdrajczynię Przymierza, byłą agentkę Cerberusa. Sam przecież wysunął wobec mnie takie oskarżenia na Marsie. A teraz, choć staliśmy po tej samej stronie w tej wojnie, celowaliśmy do siebie i każde wzrokiem prosiło to drugie, aby odpuściło. Albo przynajmniej to właśnie chciałam wyczytać ze wzroku mężczyzny, który tyle dla mnie znaczył...
Mam tylko jedną szansę na przekonanie go. Wiedziałam to. W przeciwnym razie… każde z nas zrobi wszystko, żeby jako pierwsze pociągnąć za spust.
- Udina współpracując z Cerberusem przygotował dzisiejszy zamach.- zaczęłam najspokojniejszym głosem, na jaki było mnie stać w zaistniałej sytuacji.- Salariańska Radna miała dzisiaj przekazać dowody przeciwko niemu Egzekutorowi. Nie zdążyła.- dałam towarzyszom znak, aby opuścili broń.- Uratowaliśmy ją, tak jak teraz próbujemy uratować resztę Rady przez zabójcą Cerberusa.
Przez twarz mężczyzny przebiegł skurcz. Mógł być odbiciem jakiejś emocji, tylko… jakiej?
- Bzdury!- krzyknął Udina i z niemałą satysfakcją dosłyszałam nutę strachu w jego głosie. Nie spojrzałam jednak na niego- Shepard jak zwykle wymyśla i nie ma na nic dowodu!
- To co mówi…- dobiegł mnie głos Radnej Asari- Jest prawdopodobne… mało przekonywujące, ale prawdopodobne.
Gdy Kaidan obejrzał się na nią, wykorzystałam sytuację i przesunęłam się odrobinę w prawo. Strzał nadal nie był czysty, ale może…
- Nie mamy czasu- rzucił cicho Garrus, do którego się przysunęłam.
Miał rację. A skoro, o ironio, nie pomagały racjonalne argumenty, zostało mi już tylko jedno wyjście.
- Kaidan- znów spojrzał na mnie. Starałam się dostrzec jakąkolwiek oznakę zawahania w jego oczach- Proszę, uwierz mi… Choć raz.
To wtedy coś się zmieniło. Cała jego napięta postawa jakby utraciła na sztywności, uniesione ramiona lekko drgnęły. Jego oczy, zaciśnięte ze skupienia nagle otworzyły się szerzej, podkreślając tylko lekko uchyloną dolną wargę.
Nareszcie.
Wybory IV (WIP)
Cóż... tadam! Trcohę więcej akcji, zwłaszcza czasowo przyśpieszam. Za chwilę będzie trochę wolniej a bardziej emocjonalnie, bo w sumie następne dwie części są niemal gotowe ;)

Wybory IV dedykuję :iconkiara2909:, dzięki której odnalazłam swojego Wena ^^


Poprzednia część: eamycross.deviantart.com/art/W…


Większosć świata i postaci należy do BioWare.
Loading...
(...)
"Są takie noce
od innych ciemniejsze,
kiedy się wolno rozpłakać,
wolno powtarzać słowa najświętsze,
mówić o wróżbach i znakach"
(...)

deviantID

EamyCross's Profile Picture
EamyCross
Beata- or Beciak.
Artist | Hobbyist | Photography
Poland
Niepoprawna marzycielka, twardo stąpająca po ziemi. Egoistyczna egocentryczka, otwarta na potrzeby innych. Rasowa moralistka, dla której dobra materialne mają najmniejszą wartość. Wycięta z kontekstu własnego życia. Do mnie trzeba przywyknąć, ale ludziom zwykle brakuje cierpliwości.
Interests

AdCast - Ads from the Community

×

Comments


Add a Comment:
 
:iconkiara2909:
Kiara2909 Featured By Owner Feb 12, 2016  Hobbyist Traditional Artist
A właśnie, dzięki za favy! :heart: hug 
Reply
:iconeamycross:
EamyCross Featured By Owner Feb 13, 2016  Hobbyist Photographer
Niezamaco <3
Reply
:iconkiara2909:
Kiara2909 Featured By Owner Feb 16, 2016  Hobbyist Traditional Artist
Neko Emoji-42 - (Kawaii Admiring) [V3] 
Reply
:iconkiara2909:
Kiara2909 Featured By Owner Feb 8, 2016  Hobbyist Traditional Artist
Kochana, czy Ty ruszysz w końcu tyłek i coś napiszesz???? Chcę, domagam się, pragnę! :D
Reply
:iconeamycross:
EamyCross Featured By Owner Feb 12, 2016  Hobbyist Photographer
Przyganiał kocioł garnkowi :P
Mam VIPka, ale chcę go dopieścić...
Reply
:iconkiara2909:
Kiara2909 Featured By Owner Feb 12, 2016  Hobbyist Traditional Artist
Touche! :P
Też mam WIPka, prawie gotowy, ale jeszcze końcówka... Czekam na Wena. :)
Ale za rto rysunki wrzucam, więc jest jakaś aktywność! ^^
Reply
:iconeamycross:
EamyCross Featured By Owner Feb 12, 2016  Hobbyist Photographer
Widziałam właśnie!
Mnie pochłonęła szara rzeczywistość i cholerny kredyt... więc wen zniknął z pola widzenia... :(
Reply
(1 Reply)
:iconvinghen:
Vinghen Featured By Owner Mar 16, 2014   Traditional Artist
Jeso, a ja nawet za watcha nie podziękowałam! :O Mea culpa, mea culpa wielka! :bow: :glomp: 
Reply
:iconeamycross:
EamyCross Featured By Owner Mar 16, 2014  Hobbyist Photographer
Ależ niezamaco! :D
Reply
:iconvinghen:
Vinghen Featured By Owner Mar 16, 2014   Traditional Artist
:glomp: :D :D
Reply
Add a Comment: